Island Noise

Okazuje się, że monopol na multikulturalny i multietniczny wyraz dubstepu Londynu powoli się kończy. Potwierdza tą tezę autor „Island Noise”, który sam ma ze stolicą Albionu niewiele wspólnego. O ile album Buriala koncentrował się na mrocznych ulicach Londynu, o tyle Geiom zabiera manatki i płynie na Karaiby oraz Bliski Wschód.

Fakt faktem Kamal Joory pochodzi z północnej części Londynu, ale tylko się tam urodził. Resztę życia związał na dobre ze stolicą angielskiego regionu East Midlands – Nottinghamem. Miasta o wielkich tradycjach akademickich, ale za to o wiele mniej kosmopolitycznie aniżeli stolica Wielkiej Brytanii. W przeciwieństwie do czołowych przedstawicieli dubstep (Skream, Benga, Kode 9) Geiom nie wychodzi się ze sceny garage, ani grime, ani 2step. Zaczynał on od tworzenia eksperymentalnej elektroniki pokroju Autechre czy Aphex Twin. W latach 2000-2001 Kamal wydał serię płyt dla wielce obiecującej (w ówczesnym okresie) brytyjskiej wytwórni Neo Ouija, która w obiegłym roku reaktywował Martin Hirsch. Nakładem tej oficyny wydał idmowy album „Sellotape Flowers” stworzony z multiinstrumentalistą Morganem Caney’em. W roku 2002 obaj panowie wydali wspólny downtempowy longplay „Magic Radios” dla niemieckiej wytwórni City Centre Offices. Po tym wydarzeniu historia Joory’ego tymczasowo się urywa na cztery lata. Na przełomie 2005 i 2006 roku Geiom powraca i odkrywa dubstep dzięki twórczości Leofaha oraz Kode 9, którzy zaczęli występować w nottinghamskich klubach. I tak od ponad trzech lat Kamal na stale jest związany z dubstepem. W maju 2006 roku założył on własną wytwórnię Berkane Sol, nakładem której wydaje swoje płyty.

Album „Island Noise” charakteryzuje się, jak przyznaje sam autor, „tropicalną melancholią”. Coś w tym jest. Na pierwszy rzut okaza pierwszym wrażeniem po przesłuchaniu tego krążka to niezwykła przestrzeń oraz bogata paleta kolorów osiągnięta bez hardware’owych efektów, ani studyjnych wspomagaczy. Odczuwa się na longplayu Geioma piętno idmu z Neo Ouija (neonowy masaż „Futurerustic”). Jak sam Kamal przyznaje w wywiadzie motorem napędowym do zbudowania fundamentów tej płyty były jego fascynacje Mauritiusem (z którego pochodzi jego rodzina) oraz najbardziej muzykalną wyspą na Ziemi – Jamajką. Stąd też owe dwanaście nagrań sprawia wrażenie, że muzyka wylewa się z nich w sposób naturalny. Że tak powinno po prostu być. Każde nagranie jest zaczarowane żywymi, tradycyjnymi i lekko hybrydowymi melodiami. Nad nimi dodatkowo unosi się nimb Sun Ra, który dla Joory’ego jest muzycznym guru. Na „Island Noise” wzmocnione i zmutowane riddimy współgrają także z emocjonalną oraz rozwarstwioną elektroniką („Hydropine”, „Getaline”, „Six Times Seven”). Geiom postarał się o prawdziwą przekrojówkę, stąd na albumie nie brakuje bardziej etnicznych numerów, które powalają od początku do końca (perski „Farski”, zachodzący Island Noise czy bliskowschodni „Everlasting”). Krążek intrygująco się zaczyna i jeszcze mocniej się zamyka. A to za sprawą indyjskiego „Pheli Nazir” (dosłownie „Pierwsze Spojrzenie”) nagrania, które Kamal stworzył z pakistańskim wokalistą Khalid’em. Zresztą to nie pierwsze ich wspólne przedsięwzięcie. Utwór pokazuje, że w dubstepie jest brak jakiejkowiek symetri. Że to narazie (i miejmy nadzieje, jak najdłużej) gatunek, który nie ma swojego końca, nie ma dna. Numer przegonił w moim rankingu orientalną perłę Cockney Violin Caspy.

Po raz kolejny okazuje się, że dubstep to nazwa umowna. Iluzoryczne określenie świeżego powiewu w nowych elektronicznych brzmieniach. Tezę tą podtrzymuje „Island Noise” Geioma, który mimo, że wzorował się po trochu twórczością Kode 9, to wypielęgnował i wychodował nowe kolorowe dubstepowe dźwięki. Żadna konwencja w przypadku drugiej płyty Kamala nie trzyma się, co jeszcze bardziej podkreśla, jaki rozstrzał stylistyczny może zaprezentować brytyjska scena dubstep. I nie tylko ona.