Vector Lovers

Pochodzący z Reading, zamieszkały na stałe (wraz swoją rodziną) w Berlinie, Martin Wheeler od zarania dziejów swojej twórczości miał obsesję na punkcie starych, analogowych brzmień. W połączeniu z jego fascynacją futurystyczną Japonią oraz filmami anime, Vector stara się dostosować retro do nowoczesności. Przez jego muzykę przemawia mądrość kreowania aranżacji nie liczona w ilości wydanych płyt, ale w ich jakości. Do tego warto jeszcze dodać akatalogowość jego muzyki. Choć wielu stara się upychać jego twórczość do półki z electro, ambientem, idm’em czy nawet minimalem. Ten brytyjski desinger gier komputerowych wydając pierwszy longplay, który pojawił się w 2004, swojsko zatytułowany Vector Lovers, starał się znaleźć wspólny język dla electro, ambientu, disco oraz synth popu w ich prastarej wersji. Niczym wyjęcie, odkurzenie i zremasterowanie do współczesnych standardów taśm z końca lat 80. z któregoś ze znanych studiów muzycznych usytuowanych w Detroit lub Chicago. Magazyn „Uncut” skomentował ten krążek jako zawierający „Wszystko na temat Vectora Lovers’a, od jego fascynacji twórczością mangi po chromowe, zimne i naelektryzowane disco”. Rok po tym longplayu pojawił się następny. Mimo swojej szeroko rozrysowanej niekonwencjonalności (poszerzenia pola działania o techno i minimal oraz idm), album Capsule For One nie zdetronizował „Vector Lovers”.

W drugiej połowie ubiegłego roku Lovers powrócił z trzecim longplay’em. Afterglow zawiera wszystko to, co można było się do tej pory po Vectorze spodziewać. Klasyczne i dopieszczone analogowe melodie wtopione w melancholijną atmosferę czasów, kiedy komputery były na kasety, a producenci tworzyli swoje nagrania na niedoskonałych i często zawodzących wielośladach w prowizorycznych, „sypialnych” studiach. A na tym albumie Wheelera nie czuć w ogóle żadnych granic ani też ograniczeń. Wszystko wydaje się płynne, rozwarstwione bez wskazania konkretnego źródła. Wielką trudnością jest złapanie jakiegokolwiek kontekstu w utworach. „Fat Side Of The Tracks” został poprzekręcany minimalnym electro w stylu Kraftwerk w stronę chłodnej emotroniki. A gdzieśtam między tymi elementami wstawiony jest nawet nie minimal, a pre-minimalne okazałości. W „A Field” Martin zbałamucił minimal house analogową psychodelą, a w przypadku „Dusk Panorama” – dubem z zaświatów. Na „Afterglow” nie brakuje także elementów przypominających twórczość Future Sound Of London (etnicznie downtempowy „Endless Summer”) czy poptronikę rodem z Morr Music (parujący „Hush Now”). Koloratka ambientowa „Long Wave” nasuwa na mysł „Solitaire” z „Vector Lovers” oraz „Neon Sky Rain” z „Capsule For One”.

Jedno nie można odmówić muzyce Vectora – pobudza na 200% normy wszelkie ludzkie zmysły. Punktem kulminacyjnym tego jest zamykający trzeci album Martina – tytułowy „Afterglow”. Mistrzowska symfoniczna orkiestra kołysząca swoją soczystą formą i wyrazem, która z kolei wpada do ujmującego swoim rozmachem i majestatem surrealistycznym wodospadem. W muzyce Wheelera mało co jest ludzkie, namacalne. Warto dodać na koniec, że nad „Afterglow” Martin pracował ponad 20 lat, co jeszcze bardziej podkreśla znaczenie tego (nie ma co ukrywać) dzieła. Z płytą Vectora jest jak z wygraną w totka – zdarza się raz na kilka milionów. „Afterglow” to dźwięki, co do których nie ma, ani wątpliwości, ani dodatkowych pytań. Stąd też trzeba mieć nadzieje na to, że z niezwykłym talentem Vectora Lovers’a nie stanie się to samo, co z Andy Stottem czy Gareth Clarke’m – nie zostanie szerzej zauważony i pozostanie zawsze na uboczu.